„Łotr” przeczytaj fragment „Trylogii Zdrajca”

Planowany termin wydania: 5 maja 2011
Informacje o książce

ROZDZIAŁ 1

JASKINIE TWÓRCZYŃ KAMIENI

Jak mówi sachakańska tradycja, tak zamierzchła, że nikt nie pamięta jej początków, lato zawiera w sobie pierwiastek męski, a zima – kobiecy. Przez całe wieki zwierzchniczki i prorokinie Zdrajców twierdziły, że przesądy dotyczące kobiet i mężczyzn – zwłaszcza kobiet – są całkowicie absurdalne. Zwykli ludzie byli jednak przekonani, że pora roku wywierająca największy wpływ na ich życie miała wiele cech kobiecych. Zima, bezlitosna i wszechwładna, zbliżała do siebie walczących o przetrwanie. Za to dla mieszkańców nizin i pustyń Sachaki sprawy miały się odwrotnie – to właśnie zima była wybawieniem, przynosząc deszcze, tak potrzebne uprawom i zwierzętom. Lato było okrutne, suche i jałowe.

Kiedy Lorkin spieszył z Herbery, głowę zaprzątała mu jedynie myśl, że w dolinie jest zimniej, niż się spodziewał. Panujący w powietrzu chłód niósł z sobą groźbę śniegu i lodu. Młodemu magowi wydawało się, że nie spędził w Azylu aż tyle czasu, aby zima była już tak ostra. Minęło zaledwie kilka miesięcy, od kiedy stanął w progu sekretnego domu sachakańskich buntowników. Wcześniej przemierzał ciepłe, suche niziny, salwując się ucieczką w towarzystwie kobiety, która uratowała mu życie. Tyvara. Poczuł w piersi niepokojący, ale dziwnie przyjemny ucisk. Odetchnął głęboko i przyspieszył kroku. Miał zamiar zignorować to uczucie z taką samą stanowczością, z jaką Tyvara ignorowała jego.
Przecież nie znalazłem się tu tylko dlatego, że się w niej zakochałem, wmawiał sobie. Honor nakazywał mu bronić Tyvary przed jej ludem, gdyż uratowała mu życie. Zabiła skrytobójczynię, która próbowała go uwieść i zamordować, ale – podobnie jak Tyvara – również należała do Zdrajców. Riva działała w imieniu frakcji, która uważała, że powinien zostać ukarany, ponieważ Akkarin, jego ojciec i były Wielki Mistrz, nie dotrzymał układu zawartego ze Zdrajcami wiele lat temu. We frakcji nikt nie przyznał się do zlecenia Rivie zabójstwa Lorkina. Oznaczałoby to działanie sprzeczne z życzeniami Królowej, więc całą inicjatywę przypisano skrytobójczyni. Wśród buntowników także są buntownicy, zadumał się Lorkin. Jego obrona może i uratowała Tyvarę przed egzekucją, jednak kobieta nie uniknęła kary. Być może to właśnie obowiązki, które wyznaczyła jej rodzina Rivy, sprawiały, że nie zbliżała się do niego. Cierpiał samotność obcego w obcym kraju, bez względu na jej przyczynę.
Dotarł prawie do stóp klifu otaczającego dolinę. Spo-glądając na niezliczone okna i drzwi wykute w zboczach urwiska, pomyślał, że nadejdzie dzień, gdy poczuje się tu jak w pułapce. Nie z powodu ostrej zimy, która zmusi go do pozostania, ale dlatego, że cudzoziemcowi, który znał już przybliżone miejsce pobytu Zdrajców, nigdy nie pozwolono by odejść. Za tymi oknami i drzwiami znajdowały się pomiesz-czenia, które mogłyby dać schronienie populacji małego miasta. Ich rozmiary były różne – od zagłębień małych jak spiżarnie po sale wielkości Rady Gildii. Większości z nich nie wykuto głęboko w skale z powodu niegdysiej-szych wstrząsów i zawaleń – ludzie czuli się bardziej komfortowo, mieszkając na tyle blisko zewnętrznej ścia-ny, by w razie potrzeby móc ratować się szybką ucieczką.

Niektóre korytarze prowadziły znacznie głębiej. To tam mieściły się posiadłości magów Zdrajców – kobiet, które rządziły tym miejscem, mimo że utrzymywały, iż w ich społeczności wszyscy są równi. Życie głębiej pod ziemią nie przeszkadzało im prawdopodobnie dlatego, że mogły użyć magii, aby ochronić się w razie zawalenia. A może chcą być blisko jaskiń, gdzie powstają magiczne kryształy i kamienie. Na tę myśl Lorkina przeszedł dreszcz ekscytacji. Przerzucił skrzynię na drugie ramię i wkroczył łukowatą bramą do miasta. Może dzisiaj się dowiem.
Skalne korytarze pełne były robotników wracających do swoich rodzin. W pewnym momencie dzieci dwojga Zdrajców, którzy przystanęli, aby porozmawiać, zastąpi-ły Lorkinowi drogę.
– Przepraszam – powiedział automatycznie, próbując je ominąć.
Zarówno dorośli, jak i dzieci wyglądali na rozbawi-nych. Kyraliańskie maniery intrygowały wszystkich Sachakan. Ashaki i ich rodziny, potężne ludy nizin, mieli zbyt wielkie poczucie wyższości, aby wyrażać wdzięczność za przysługi. Uważali, że dziękowanie niewolnikom za coś, co i tak musieli zrobić, było niedorzeczne. Mimo że Zdrajcy nie uznawali niewolnictwa, a ludność w ich społeczności była równa, nie przejawiali zbyt dobrych manier. Na początku Lorkin próbował zachowywać się tak jak oni, ale nie chciał zatracić swojej uprzejmości, aby jego własny lud nie uznał go za gbura, gdyby miał kiedyś wrócić do Kyralii. Niech Zdrajcy myślą sobie, że jestem dziwny. Lepsze to, niż gdyby mieli uważać, że jestem niewdzięcznikiem albo trzymam się na uboczu. Zdrajcy nie byli jednak wrogo nastawieni ani pozbawieni życzliwości. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni byli zaskakująco serdeczni. Niektóre kobiety próbowały go nawet zwabić do swego łoża, ale grzecznie odmawiał. Może jestem głupcem, ale jeszcze nie zrezygnowałem z Tyvary. W pobliżu sali opieki, miejskiego odpowiednika lecznicy, gdzie pracował przez większość czasu, zwolnił krok, aby złapać oddech. Salę prowadziła Kalia, nieoficjalna przywódczyni frakcji, która zleciła jego egzekucję. Nie chciał, żeby z jakiegokolwiek powodu myślała, że spieszył się z powrotem albo że zależało mu, by skończyć zmianę o czasie. Gdyby stwierdziła, że Lorkin chce wyjść, przydzieliłaby mu jakieś zadanie, aby go zatrzy-mać. Wiedział też, że kiedy chwilowo nie miał się czym zająć, nie powinien siedzieć i odpoczywać, bo Kalia znalazłaby mu coś do roboty, najchętniej coś nieprzy-jemnego i zbędnego. Jeśliby jednak wszedł do środka powolnym krokiem, jak gdyby w ogóle nie gonił go czas, mogłaby ukarać go i za to. Przyjął więc swoją zwyczajną spokojną i stoicką postawę. Kalia dostrzegła go, przewróciła oczami i za pomocą magii odebrała od niego skrzynię.
– Dlaczego nigdy nie wpadniesz na to, żeby użyć swoich mocy? – westchnęła i odwróciła się, odkładając skrzynię do składu.
Zignorował jej pytanie. Nie chciałaby słuchać o Mistrzu Rothenie, jego starym nauczycielu z Gildii, który uważał, że mag nie powinien całkowicie zastępować wysiłku fizycznego magią, aby nie utracić sił i zdrowia.
– Pomóc ci w tym? – zapytał. Skrzynia była wypełniona ziołami, z których miały powstać leki – chciałby poznać receptury niektórych z nich. Spojrzała na niego wilkiem.
– Nie. Zajmij się pacjentami.
Wzruszył ramionami, skrywając frustrację, i odwrócił się, by spojrzeć na przestronną salę główną. Niewiele się zmieniło od poranka, kiedy zaczął pracę. Łóżka ustawione były w rzędach. Tylko nieliczne z nich były zajęte. Kilkoro dzieci dochodziło do siebie po typowych dziecięcych chorobach lub urazach, starsza kobieta zaś pielęgnowała złamaną rękę. Wszyscy spali. To Kalia wpadła na pomysł, żeby pracował w sali opieki. Był pewny, że chciała w ten sposób poddać próbie jego postanowienie, by nie uczyć Zdrajców leczenia za pomocą magii. Do tej pory nie trafił na pacjentów, którzy mogliby nie przeżyć z powodu choroby lub ran możliwych do wyleczenia wyłącznie magią, ale taki dzień musiał w końcu nadejść. Gdyby tak się stało, Kalia zapewne otwarcie okazałaby wrogość. Miał plan, aby się jej przeciwstawić, jednak za jej matczynym wyglądem i postawą krył się przebiegły umysł. Mogła już znać jego intencje. Jedyne, co mu pozostało, to oczekiwanie. Teraz jednak nie mógł czekać. Musiał być gdzie in-dziej. Z każdą mijającą chwilą był coraz bardziej spóźniony, więc poszedł za Kalią do składu.
– Wygląda na to, że masz mnóstwo pracy – zauważył.
Nie spojrzała na niego.
– Tak. Na całą noc.
– Nie zmrużyłaś oka od wczoraj – przypomniał jej. – Nie wyjdzie ci to na dobre.
– Nie bądź głupi – odburknęła, rzucając mu piorunujące spojrzenie. – Świetnie sobie radzę bez snu. Trzeba to załatwić właśnie teraz. I musi zrobić to ktoś, kto zna się na rzeczy. – Odwróciła się. – Idź. Zrób sobie wolne dziś w nocy. Lorkin nie dał jej szansy na zmianę zdania. Uśmiechnął się do siebie krzywo i wymknął się z sali opieki. Uzdrowiciele z Gildii wiedzieli, jak źle na organizm wpływa brak snu, gdyż wyczuwali efekty tego braku. Zdrajcy nie byli świadomi swojego błędu, ponieważ nie potrafili leczyć przy użyciu magii, i twierdzili, że prze-spana noc to zbędny luksus. Nie próbował ich przekonywać, że jest inaczej, gdyż wspominanie o rzeczach, o których nie posiedli wiedzy, było nietaktowne. Wiele lat temu jego ojciec przyrzekł Zdrajcom, że nauczy ich uzdrawiania w zamian za wie-dzę na temat czarnej magii, mimo że Gildia nie upoważniła go do przekazywania takich informacji, a przede wszystkim – mimo że czarna magia była dla magów Gildii zakazana.
W tym czasie śmiertelna choroba zabrała Zdrajcom wiele dzieci, a znajomość magii uzdrowicielskiej mogła je uratować. Czarna magia pozwoliła Akkarinowi umknąć jednemu z ichanich, u którego był niewolnikiem, i wrócić do Kyralii, lecz nigdy nie powrócił do Sachaki, aby wywiązać się ze swojej części umowy. Lorkin zastanawiał się nad różnymi powodami postępowania ojca, od kiedy dowiedział się o złamanej przez niego obietnicy. Akkarin wiedział, że brat człowieka, który go więził, planował najechać Kyralię. Być może czuł, że jego obowiązkiem jest najpierw poradzić sobie z tym właśnie zagrożeniem. Możliwe, że nie mógł poinformować Gildii o niebezpieczeństwie, nie ujawniając jednocześnie, że posiadł wiedzę na temat zakazanej czarnej magii. Albo też uznał samotny powrót do Sachaki za zbyt niebezpieczny, związany z ryzykiem ponownego schwytania przez ichanich lub zemsty brata swoje-go dawnego pana. A może nigdy nie zamierzał dotrzymać umowy. Przecież Zdrajcy wiedzieli o jego tragicznej sytuacji, zanim zaproponowali pomoc, a cały czas pomagali innym – głównie kobietom z Sachaki – nie upominając się o zapłatę. Fakt, że nie pomogli Akkarinowi odzyskać wolności, dopóki nie było to dla nich opłacalne, z całą pewnością dowodził, jak bardzo potrafili być bezwzględni. Korytarze miasta już nieco opustoszały, więc Lorkin mógł iść szybciej, a nawet biec, gdy nikt nie patrzył. Jeżeli ktoś z frakcji Kalii zauważyłby jego pośpiech, mógłby jej o tym donieść. Tutejsze życie odbiegało od przedstawianego przez Tyvarę obrazu społeczeństwa spokojnego – albo nawet sprawiedliwego, mimo zasad równości panujących wśród Zdrajców. A jednak i tak radzą sobie lepiej niż inne kraje, w szczególności lepiej niż pozostała część Sachaki. Nie uznają niewolnictwa i ludzie wykonują pracę dobraną do swoich umiejętności, a nie zgodną z ich pozycją w systemie klasowym. Być może nie traktu-ją równo kobiet i mężczyzn, ale tak samo jest w innych społecznościach – tyle że na odwrót. W większości kultur kobiety są traktowane znacznie gorzej niż mężczyźni wśród Zdrajców.
Przyszedł mu na myśl nowy, a zarazem najbliższy przyjaciel w Azylu, mężczyzna o imieniu Evar, z którym miał się dziś spotkać. Młody mag zaprzyjaźnił się z Lorkinem z ciekawości, ponieważ był on jedynym magiem w Azylu, który nie był jeszcze z kobietą. Lorkin odkrył, że pierwsze wrażenie, jakie odniósł na temat statusu mężczyzn będących magami, było mylne: wcześniej zakładał, że skoro mogą posługiwać się magią, Zdrajcy na pewno oferują im te same możliwości nauki co kobietom. Prawda była jednak taka, że wszyscy mężczyźni magowie urodzili się z talentem magicznym – ich magia rozwijała się w sposób naturalny, co zmuszało kobiety magów do zajęcia się ich szkoleniem lub pozostawienia ich na pewną śmierć, gdy tracili kontrolę nad swoją mocą. Wrodzone zdolności były jedynym sposobem, w jaki mężczyźni wśród Zdrajców mogli posiąść wiedzę o magii. Jednak ci nieliczni szczęśliwcy, którzy mieli naturalny talent, i tak nie dorównywali kobietom. Mężczyzn nie uczono czarnej magii. Dzięki temu pośród magów nawet słabe kobiety były silniejsze niż mężczyźni, gdyż mogły zwiększyć swoją moc, gromadząc magię pobieraną od innych. Ciekawe, czy wpuszczono by mnie do Azylu, gdybym znał czarną magię.
Porzucił jednak tę myśl, gdyż wreszcie dotarł na miejsce: do pokoju mężczyzn. Była to duża sala dla męskiej części Zdrajców, którzy byli już na tyle dojrzali, że nie mieszkali z rodzicami, ale kobiety nie wybrały ich jesz-cze na swoich partnerów.

Evar rozmawiał z dwoma innymi mężczyznami, ale porzucił ich towarzystwo, gdy zobaczył Lorkina wchodzącego do sali. Podobnie jak większość mężczyzn tej społeczności był szczupły i drobnej budowy, w przeciwieństwie do typowych wolnych Sachakan zamieszkujących niziny, którzy zwykle byli wysokiego wzrostu i mieli szerokie ramiona. Nie po raz pierwszy Lorkin zastanawiał się, czy mężczyźni wśród Zdrajców jakimś dziwnym sposobem nie maleli, dostosowując się do swojej pozycji społecznej.
– Evarze – rzekł Lorkin. – Przepraszam za spóźnienie.
Evar wzruszył ramionami.
– Zjedzmy coś.
Lorkin zawahał się, lecz ruszył za innymi do miejsca, w którym gotowano strawę, gdzie podano garnek gorącej zupy przyrządzonej przez jednego z mężczyzn. Tego nie było w planie. Czyżby się spóźnił? Czy Evar się rozmyślił?
– Nadal wybieramy się na ten spacer, o którym mówiłeś? – zapytał, starając się zachować jak największą obojętność. Evar przytaknął.
– Jeśli nie zmieniłeś zdania. – Pochylił się bliżej. – Kilka twórczyń kamieni pracuje do późna – powiedział szeptem młody mag. – Trzeba zaczekać, aż skończą i wyjdą.
Lorkin poczuł ucisk w żołądku.
– Jesteś przekonany, że chcesz to zrobić? – spytał, kiedy podeszli do jednego z długich stołów, zajmując miejsca na końcu, w pewnej odległości od jedzących już mężczyzn. Evar pogryzł jedzenie, przełknął i uśmiechnął się do Lorkina uspokajająco.
– Nic z tego, co zamierzam ci pokazać, nie jest tajemnicą. Każdy, kto chce, może się temu przyjrzeć, pod warunkiem że ma przewodnika, siedzi cicho i nie plącze się pod nogami.
– Ale ja nie jestem jak każdy.
– Powinieneś być jednym z nas. Z tą różnicą, że tobie zabroniono odejść. Cóż, gdybym ja próbował odejść, to bez zezwolenia też nie zaszedłbym daleko, a zgody na to raczej nie dostanę. Nie lubią, gdy zbyt wielu Zdrajców przebywa poza miastem. Każdy szpieg to ryzyko, nawet jeśli ma kamień blokujący czytanie myśli. Co by było, gdybyś trzymał kamień w ręce, a ktoś by ci ją uciął?
Twarz Lorkina wykrzywił grymas.
– Nawet gdyby tak było, to wątpię, żeby komuś podobało się, że tu jestem – odparł, wracając do tematu. – Albo że mnie tam zabierasz.
Evar przełknął ostatni kęs posiłku.
– Pewnie nie. Ale droga cioteczka Kalia mnie uwielbia.
Choć Lorkin nigdy nie widział, by Kalia po przyjacielsku gawędziła z Evarem, wyglądało na to, że rzeczywiście akceptuje swojego siostrzeńca.
– Będziesz to jeszcze jadł?
Lorkin pokręcił głową i odsunął na bok resztę swojej porcji. Był zbyt zdenerwowany, żeby się najeść. Przyjaciel spojrzał krzywo na nieopróżnioną miskę, ale nic nie powiedział, tylko po prostu dokończył resztki. Ponieważ ilość ziemi pod uprawy i hodowlę była ograniczona, Zdrajcy nie pochwalali marnotrawstwa, a Evar był zawsze głodny. Wstali, posprzątali, spakowali swoje sztućce i wyszli z pokoju mężczyzn. Lorkin niecierpliwie wyczekiwał tego, co miał zobaczyć, choć jego żołądek skręcał się w niepewności.
– Przejdziemy jednym z tylnych wejść – szepnął Evar. – Mniejsza szansa, że zauważą, jak wchodzisz.
Kiedy wędrowali przez miasto, Lorkin zastanawiał się nad swoimi oczekiwaniami. Gildia przez wieki utrzymywała, że prawdziwe przedmioty magiczne nie istnieją. Istnieją najwyżej zwykłe rzeczy obdarzone odpornością na zniszczenie lub o ulepszonych właściwościach – na przykład magicznie wzmocnione budynki czy błyszczą-ce ściany Uniwersytetu. Zostały bowiem wykonane z materiału, w którym działanie magii było powolne, toteż jej skutek utrzymywał się długo po tym, jak magowie przestawali nad nim pracować. Nawet szklane krwawe klejnoty nie były magiczne. Służyły przekazy-waniu mentalnych wiadomości pomiędzy noszącym a twórcą w sposób uniemożliwiający podsłuchiwanie innym magom, ale nie zawierały w sobie magii. Podejrzewał jednak, że niektóre klejnoty w Azylu ją zawierały. Większość z nich była podobna do krwawych klejnotów, ponieważ przekształcały przesyłaną do nich magię, aby mogła służyć odpowiedniemu celowi. W innych prawdopodobnie była przechowywana w gotowości do użytku. Wszyscy Zdrajcy, którzy za-puszczali się poza swoją ukrytą siedzibę, mieli pod skórą maleńki kamień. Nie tylko pozwalał on chronić ich umy-sły przed dostępem sachakańskich magów, ale umożli-wiał także wysyłanie nieszkodliwych, bezpiecznych myśli. Korytarze i sale miasta rozjaśniały mieniące się światłem klejnoty. W sali opieki, gdzie Lorkin zajmował się chorymi, znajdowało się kilka kamieni o pożytecznych właściwościach, od emitujących ciepły blask lub delikatne wibracje dające ukojenie bolącym mięśniom po takie, którymi można było przypalać rany.

Jeżeli historyczne zapisy, na które trafili Lorkin i Dannyl, zawierały prawdziwe informacje, oznaczało to, że w klejnotach mogły się kumulować ogromne pokłady magii. Wiele lat temu taki kamień magazynujący istniał w Arvice, stolicy Sachaki. Według Chari, kobiety, która pomogła Lorkinowi i Tyvarze dotrzeć bezpiecznie do Azylu, Zdrajcy wiedzieli o istnieniu kamieni magazynujących, ale nie potrafili ich tworzyć. Może mówiła prawdę, a może kłamała, aby chronić swój lud. Jeżeli gdzieś istniała wiedza na temat takich kamieni, mogła uwolnić Gildię od konieczności zezwalania nie-którym magom na naukę czarnej magii na wypadek ko-lejnego ataku Sachakan. Zamiast tego można by magazynować energię magiczną, która mogłaby posłużyć obronie kraju. Dlatego właśnie podjął ryzyko wyprawy do jaskiń twórczyń kamieni. Nie chciał się uczyć, jak wytwarzać kamienie, chciał potwierdzenia, że posiadały one poten-cjał, który miał nadzieję w nich odnaleźć. Wtedy być może mógłby wynegocjować pewien układ pomiędzy Gildią a Zdrajcami: wytwarzanie kamieni w zamian za uzdrawianie. Taka wymiana przyniosłaby korzyść obu ludom. Wiedział, że musiałby się napracować, aby przekonać Zdrajców do takiej umowy. Od wieków ukrywając się przed ashakimi, ściśle chronili swoją siedzibę i sposób życia. Nie uznawali komunikacji mentalnej, aby nie przyciągać uwagi do miasta. Jedynymi Zdrajcami, któ-rym pozwalano opuszczać dolinę, byli – z kilkoma wy-jątkami – szpiedzy. Kiedy jednak Lorkin podążał za Evarem coraz głębiej siecią korytarzy, martwił się, że jest za wcześnie na wi-zytę w jaskiniach. Nie chciał, aby Zdrajcy mieli powód, by mu nie ufać.
Mogło się przecież okazać, że – jako cudzoziemca – nigdy w pełni go nie zaakceptują. Chciał jedynie, aby zaufali mu na tyle, by mógł ich przekonać do handlu z Gildią i Krainami Sprzymierzonymi. W końcu może do nich dotrzeć, że oficjalnie nie zabroniono mi odwiedzania jaskiń, i zrobią coś w tej sprawie. Muszę zaryzykować właśnie teraz. Evar miał odmienne zdanie: „Zdrajcy podejmują własne decyzje, a właściwie nie pozwalają, aby decydowali za nich inni. Jeżeli chcesz, żebyśmy coś zrobili, musisz nas przekonać, że pomysł wyszedł od nas. Jeśli ktoś się dowie, że byliśmy w jaskiniach, przynajmniej przypo-mnisz wszystkim, że mamy coś, czego w zamian za uzdrawianie może chcieć Gildia”.
– Jesteśmy na miejscu – powiedział Evar, odwracając się do Lorkina.
Korytarz był tak wąski, że nie mogli iść obok siebie. Evar zatrzymał się przed otworem w bocznej ścianie. Ponad jego ramieniem Lorkin dostrzegł jasno oświetlone pomieszczenie. Serce podskoczyło mu w piersi.

Jesteśmy na miejscu!

Evar skinął na niego i wszedł do sali. Idąc za nim, młody mag wodził oczami po olbrzymiej przestrzeni. W zasięgu wzroku nie było innych osób. Spojrzał na ściany i zaparło mu dech w piersi. Były pokryte masami mieniących się, barwnych klejnotów. Na początku zdawało mu się, że były rozmieszczone nieregularnie, kiedy jednak przyjrzał się kolorom, zdał sobie sprawę, że kryształy tworzą pasma, łuki i plamy o podobnych odcieniach. Odwrócił się, aby obejrzeć drugą ścianę, i zobaczył, że kamienie mają różne rozmiary, od maleńkich drobin po kryształy wielkości paznokcia. Coś pięknego.
– Tutaj robimy kamienie świetliste – powiedział Evar, wskazując olśniewającą część ściany i podchodząc do niej. – To najłatwiejsze zadanie, co jest oczywiste, jeśli zrozumiesz, jak powstają. Nie potrzeba nawet kamienia duplikującego.
– Kamienia duplikującego? – powtórzył Lorkin. Evar kiedyś o nich wspominał, lecz Lorkin nigdy do końca nie pojął ich przeznaczenia.
– Takiego jak te. – Evar nagle zmienił kierunek i zaprowadził Lorkina do jednego z wielu stołów w sali. Otworzył drewnianą skrzynkę, w której na aksamitnej tkaninie leżał pojedynczy klejnot. – W rosnących kamieniach świetlistych musisz po prostu zaszczepić tę samą myśl, która służy do wytworzenia światła za pomocą magii. Ale jeśli chodzi o bardziej skomplikowane zastosowania, łatwiej jest przypisać wzorzec do prawidłowo wykonanego kamienia. Dzięki temu zmniejszasz ryzyko błędów i tworzenia kamieni ze skazą. Możesz też stworzyć kilka kamieni naraz.
Lorkin przytaknął. Wskazał inną część sali.
– A do czego służą te?
– Do postawienia i utrzymania bariery. Używa się ich do tymczasowego powstrzymania wody albo osuwisk. Spójrz tutaj…
Przeszli wszerz sali, podchodząc do ściany maleńkich czarnych kryształków.
– Te będą blokowały czytanie myśli. Są tak skomplikowane, że ich wytworzenie zajmuje dużo czasu. Byłoby łatwiej, gdyby miały tylko ukrywać myśli osoby, która je nosi, ale muszą też pozwolić jej na przekazywanie myśli, których spodziewa się odczytujący, aby móc go zmylić. – Evar wpatrywał się z podziwem w maleńkie kamienie. – Nie są naszym wynalazkiem. Kupowaliśmy je od plemion Duna.
Przez myśl Lorkina przemknęło ostrzeżenie Dannyla, że wiedzę na temat tworzenia kamieni Zdrajcy wykradli zamieszkującemu północ ludowi. Możliwe, że tylko plemiona Duna zapatrywały się na to w ten sposób. A może to kolejna niedotrzymana umowa, jak ta pomiędzy jego ojcem a Zdrajcami.
– Wciąż z nimi handlujecie? – zapytał.
Evar pokręcił głową.
– Przewyższyliśmy ich pod względem wiedzy i umiejętności całe wieki temu. – Spojrzał w prawo. – Tutaj są klejnoty, które wypracowaliśmy sami. – Pode-szli do skupiska dużych kamieni o opalizującej po-wierzchni odbijającej światło, przypominającej Lorki-nowi wnętrze egzotycznych polerowanych muszli. – To kamienie przyzywające. Są jak krwawe klejnoty. Dzięki nim możemy się komunikować na odległość, ale tylko poprzez kamienie wyhodowane obok siebie. Nie jest łatwo śledzić, które z nich są z sobą powiązane, dlatego cały czas musimy tworzyć krwawe klejnoty.
– A dlaczego mielibyście przestać je tworzyć?
Evar spojrzał na niego zaskoczony.
– Chyba wiesz o ich niedoskonałościach?
– Niech pomyślę… Czyżby twórca tych tutaj miał nie widzieć myśli noszącego przez cały czas?
– Właśnie, klejnot odbiera tylko wiadomość, którą wyśle użytkownik, a nie wszystkie myśli i uczucia.
– Rzeczywiście, byłoby to ułatwienie. – Lorkin od-wrócił się w stronę sali. Wszędzie było całe mnóstwo skupisk klejnotów, pod ścianami stały zaś stoły uginają-ce się pod ciężarem różnych przedmiotów. – A do czego służą te kamienie? – spytał, wskazując dużą stertę.
Evar wzruszył ramionami.
– Nie wiem dokładnie. To chyba jakiś eksperyment. Coś w rodzaju broni.
– Broni?
– Do obrony miasta na wypadek ataku.
Lorkin kiwnął głową i zamilkł. Pytania o broń mogły-by wydać się podejrzane nawet nowemu przyjacielowi.
– Kamienie obronne muszą służyć czemuś, czego nie potrafią jeszcze magowie – powiedział Evar. – Komuś, kto ma za małe umiejętności, lub magowi, którego moc się wyczerpała. Mam nadzieję, że poprawiają celność ataków. Nie byłem zbyt dobry w magii bojowej, więc jeśli ktoś miałby nas kiedyś zaatakować, będę potrzebo-wał jak największego wsparcia.
– A walczyłbyś w ogóle? – spytał Lorkin. – Z tego, co mi wiadomo, w bitwach z czarnymi magami ludzie niskiego pochodzenia, tacy jak my, przydają się tylko jako źródło dodatkowej mocy. Prawdopodobnie oddalibyśmy naszą moc czarnemu magowi, a potem by nas odesłano, żebyśmy nie przeszkadzali.
Evar przytaknął i spojrzał na Lorkina z ukosa.
– Ciągle nie mogę się przyzwyczaić, że nazywacie wyższą magię czarną magią.
– W Kyralii czarny to kolor zagrożenia i mocy – wyjaśnił Lorkin.
– Tak, mówiłeś już. – Evar odwrócił się, rozglądając się po sali, jak gdyby szukał jeszcze czegoś, co mógłby pokazać Lorkinowi. Nagle zrobił wielkie oczy i wydał z siebie niski pomruk.
– Ojej.
Spojrzawszy w tym samym kierunku, Lorkin do-strzegł, że łukowato sklepionym głównym wejściem do sali wkroczyła młoda kobieta. Miał ochotę poszukać mniejszego tylnego wyjścia; pewnie było kilka kroków od nich, ale kobieta musiała ich zauważyć, zanim tu dotarli.
Chyba jednak wpakujemy się w te kłopoty, o których mówiła nam Kalia. Chwilę później kobieta podniosła oczy i zobaczyła ich. Uśmiechnęła się do Evara, po czym jej wzrok po-wędrował ku Lorkinowi i uśmiech znikł z jej twarzy. Zatrzymała się, spojrzała na niego w zamyśleniu, odwróciła się i wyszła z sali.
– Zobaczyłeś to, co chciałeś? Bo chyba pora wracać – powiedział szybko Evar.
– Tak – odparł Lorkin.
Evar zrobił krok w kierunku wyjścia i zatrzymał się.
– Nie, chodźmy główną drogą. Lepiej, żebyśmy nie sprawiali wrażenia winnych, skoro ktoś nas już zobaczy-ł.
Wymienili ponure uśmiechy, odetchnęli głęboko i ruszyli w kierunku przejścia, za którym zniknęła kobie-ta. Byli już prawie przy łuku, kiedy pojawiła się kolejna, groźnie spoglądająca. Zauważyła ich i podeszła.
– Co tu robicie? – zapytała Lorkina.
– Witaj, Chavo – rzekł Evar. – Przyszedł ze mną Lor-kin.
Spojrzała na Evara.
– Widzę. Co on tu robi?
– Oprowadzam go – odpowiedział Evar. Wzruszył ramionami. – Żadna zasada przecież tego nie zabrania.
Kobieta zmarszczyła brwi i spoglądała to na Evara, to na Lorkina. Otworzyła usta, znów je zamknęła, a na jej twarzy pojawił się wyraz poirytowania.
– Być może nie zabrania – odparła – istnieją jednak… pewne inne względy. Wiesz, jak niebezpiecznie jest przeszkadzać twórczyniom kamieni i je rozpraszać.
– Oczywiście, że wiem. – Mina i ton głosu Evara na-brały powagi. – Dlatego zaczekałem, aż udadzą się do domów na spoczynek, i nie zabrałem Lorkina do wewnętrznych jaskiń.
Uniosła brwi.
– Nie do ciebie należy ocena, kiedy jest na to właści-wa pora. Otrzymałeś zezwolenie na to oprowadzanie?
Evar pokręcił głową.
– Nigdy wcześniej go nie potrzebowałem.
Widząc triumfujące spojrzenie Chavy, Lorkin zamarł.
– Powinieneś je mieć – powiedziała. – Trzeba to zgłosić, a żadnemu z was nie wolno zniknąć mi z oczu, zanim odpowiednie osoby o tym nie usłyszą i nie zdecydu-ją, co z wami zrobić.
Kiedy odwróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku wejścia, Lorkin spojrzał na Evara. Chłopak uśmiechnął się i mrugnął. Mam nadzieję, że rzeczywiście nie potrze-bujemy tego zezwolenia, myślał Lorkin, gdy podążali za Chavą. Mam też nadzieję, że nikt nie zapomniał mi po-wiedzieć o prawie czy zasadzie, które powinienem znać. Mówczynie zaleciły mu, żeby nauczył się praw Azylu i ich przestrzegał, dlatego starannie się do tego przyłożył. Nie potrafił jednak zachować takiej beztroski jak Evar. Nawet jeśli obaj mieli rację, reakcja Chavy po-twierdziła obawy Lorkina: jego wizyta w jaskiniach nadwyrężyła zaufanie Zdrajców. Miał tylko nadzieję, że nie pozwolił sobie na zbyt wiele i nie zaprzepaścił wszelkich widoków na handel z Gildią – albo na swój powrót do domu.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Książki i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „„Łotr” przeczytaj fragment „Trylogii Zdrajca”

  1. Pingback: „Łotr” Księga II Trylogii Zdrajca | Hybryda

  2. bogdan pisze:

    fajnie się zapowiada…🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s